Tom Clancy’s Ghost Recon Wildlands – wrażenia z gry.

Tom Clancy’s Ghost Recon Wildlands – wrażenia z gry.

W ubiegły weekend skorzystałem z możliwości zagrania w otwartą betę gry Tom Clancy’s Ghost Recon Wildland od Ubisoftu w wersji na konsolę Playstation 4. Za nowy tytuł odpowiedzialne jest studio Ubisoft Paris, które posiada na swoim koncie min. Tom Clancy’s Ghost Recon Future Soldier z 2012 roku wydanej na Playstation 3, Xbox 360 oraz PC. Jak wypada najnowsze dzieło od Ubisoftu i czy warto wstąpić w szeregi legendarnej formacji Ghost Recon? Zapraszam do moich wrażeń z otwartej bety gry.

O co chodzi?

Akcja gry rozgrywa się w Boliwii, która jest nękana przez kartel narkotykowy Santa Blanka. W szeregach kartelu działał amerykański szpieg, który został zamordowany. Jest to wystarczający powód, aby Ameryka wysłała swój najlepszy oddział do wsparcia rebeliantów w wieloletniej walce o wolność. Okazuje się, że szefem kartelu jest były członek rebeliantów. Aktualny przywódca rebelii obiecuje, że w zamian za pomoc w rozbiciu kartelu otrzymamy jego…zaufanie. No cóż. Może mnie mało satysfakcjonuje tak hojna nagroda, ale wojacy chętnie podejmują ryzyko.

Co oferuje Wildlands?

Celem naszej misji jest zlikwidowanie 27 ważnych członków kartelu, w tym samego El Sueno. Zanim jednak do tego dojdzie, musimy wykonać szereg misji głównych, które pozwolą wytropić nam każdego z członków. Na każdego ze zbirów przypada pięć misji, z czego cztery pomagają nam w ustaleniu miejsca pobytu bosa. Warto wspomnieć, że po zabiciu każdego bosa odblokowujemy wideo z jego historią, a te są naprawdę ciekawe.

Tom Clancy's Ghost Recon Wildlands recenzja

Patrząc na ilość samych misji głównych łatwo policzyć, że jest ich zatrzęsienie, a trzeba dodać jeszcze wszystkie misje poboczne oraz zadania przypadkowo pojawiające się po drodze oraz wszelakie znajdźki (np. pkt. rozwoju, zdjęcia, dokumenty, przedmioty historyczne itp.). Podsumowując – mnogość zadań. Mapa po prostu puchnie od zadań. Jestem graczem, który ma obsesje na czyszczeniu mapy, więc to akurat działa na mnie jak narkotyk. Dla osób z “syndromem czystej mapy” to idealna opcja.

Tutaj może jednak pojawić się pierwszy problem rozgrywki. Misje niestety są bardzo schematyczne i powtarzalne w swoich założeniach. Zlecenia opierają się na likwidacji celów, przejmowaniu ważnych członków gangu, wyciąganie informacji, atakowaniu konwojów, przejmowaniu pojazdów i tak w kółko. Różnorodność objawia się głównie w miejscach akcji oraz ilości i rodzaju jednostek broniących celów naszej misji. O ile nie odczułem znużenia podczas bety, to mam pewne obawy, że w pełnej wersji gry może wkraść się po prostu nuda. W takim przypadku sytuacje może ratować dobrze poprowadzony wątek fabularny na który bardzo liczę.

“Przed wyruszaniem w drogę należy zebrać drużynę”

Zanim jednak stanąłem na Boliwijskiej ziemi, musiałem przejść przez kreator postaci. Sama costumizacja nie zatrzymała mnie na dłużej, a to dlatego, że mimo mnogości opcji, możliwości zmian są nieco ograniczone. Przynajmniej jeśli chodzi o aparycję. W przypadku wyposażenia jest zdecydowanie ciekawiej. Bardzo spodobała mi się duża ilość elementów wyglądu zewnętrznego. Z drugiej strony oprawa graficzna (o czym później) też nie zachęca do dłuższego rzeźbienia naszego bohatera.

Dostęp do broni był ograniczony do minimum co nie wynika z bety, a z faktu, że wszystko trzeba odblokowywać. Tak samo jak dodatki do broni. System edycji broni jest prosty i przejrzysty. Można zmienić praktycznie każdy element i dostosować broń do własnych preferencji. Na początku może nie była to aż tak istotna opcja, ale razem z postępem w grze coraz częściej spoglądałem na dostosowanie pod siebie arsenału.

Interface

Poruszanie się po menu gry jest proste i jasne. Nie przytłacza tysiącem informacji i setką możliwych opcji. Jest prosto i to jest zdecydowany jest plus. Z poziomu menu, można dołączyć do wspólnej gry ze znajomymi lub publicznego matchmakingu, sprawdzić misje do wykonania i mapę, rozdać punkty umiejętności i sprawdzić aktualny status frakcji (min. procentowe ukończenie gry).

Tom Clancy's Ghost Recon Wildlands recenzja

Rozwój postaci oparty jest o levelowanie. Każdy level odblokowuje kolejne drzewko umiejętności. Żeby wykupić nowe umiejętności (np. większa odporność na pociski) i przedmioty (np. spadochron), których później będziemy mogli używać, potrzebujemy dodatkowo surowców. Surowce zdobywamy min. przez przejmowanie konwojów lub oznaczanie ich podczas zadań i swobodnego poruszania się po mapie. Bardzo przemyślane rozwiązanie, ponieważ zmusza do wykonywania reszty wyzwań.

Transport (nie)publiczny

Do pokonania ogromnego górskiego terenu Boliwii, twórcy oddali do dyspozycji wszelkiej maści pojazdy i maszyny. Problem polega na tym, że każdy sprzęt to inne doznania z przemieszania. Tak jak przyjemnie pokonuje się dystans samolotem czy helikopterem (strzelanie nie już takie przyjemne) lub crossem, to jazda samochodami przypominająca sterowanie kartonem woła o pomstę do nieba. Ja rozumiem, że to nie jest gra wyścigowa, ale za każdym pokonanym kilometrem, żałowałem, że wybrałem samochód. Sztywny model jazdy karze za niewielkie odchylenie gałki analogowej. Fizyka uderzeń praktycznie nie istnieje. Ot samochód po prostu się odbije jak wspomniany karton. Podobnie zachowa się motocykl rozpędzony do maksymalnej prędkości, a naszemu wojakowi nic się nie stanie.

.

Można też skorzystać z szybkiej podróży pod warunkiem odblokowania bazy. Ta jednak przenosi nas do jednego miejsca w obszarze działań bosa, co i tak zmusza nas do podróżowania. O naszych kompanów nie musimy się martwić. Jeśli ich zostawimy w magiczny sposób teleportują się do pojazdu. Szczerze? Bardzo dobrze. Gdyby było trzeba ich zbierać i czekać straciłbym dużo czasu.

Dotarłem na miejsce i co?

Podchodzenie pod teren wroga, to zdecydowanie najlepszy element gry. Specjalnie napisałem podchodzenie, ponieważ taką przyjmowałem technikę, która okazałą się najskuteczniejsza. Zwiad terenu dronem czy prze lornetkę sprawdza się doskonale i daje dużo frajdy. Potem można decydować czy wchodzić na hura (nie polecam), czy powoli i konsekwentnie likwidować cele, synchronizując strzały z drużyną. Tutaj muszę zarzucić grze zbytnią skuteczność naszych towarzyszy. Mam na myśli to, że potrafią namierzyć i zastrzelić przez wrogów ogrodzenie, nie widząc ich. Poza tym nasi kompani wykazują się całkiem niezłą inteligencją i w momencie reanimacji okazują się nieocenioną pomocą.

Towarzyszy nam drużyna, ale z czasem odblokowujemy możliwość skorzystania z pomocy rebeliantów. Dostarczą nam samochód na prośbę (pojawia się znikąd), przeprowadzą atak moździerzowy lub sami zaatakują wrogów. Opcja działa bardzo dobrze, ale przydaje się raczej w misjach na partyzanta. Sztuczną inteligencję przeciwników uznam za całkiem ok. Nie są na tyle głupi, żeby wbiegać przed lufę, ale też nie będą próbować odcinać drogi lub zachodzić z drugiej strony.

To co mi przeszkadzało podczas szturmów, to fakt, że bardzo ciężko być niewykrytym. W większości przypadków prędzej czy później akcja przemieniała się w regularną wojnę. Inny mankament to strzelanie z perspektywy pierwszej osoby. Dotyczy to każdej broni oprócz karabinów snajperskich. Na szczęście gra pozwala na wybór – można grać w widoku FPP i TPP.

Co-op. Według preferencji

Grałem sam, ze znajomymi i z przypadkowymi graczami. W pierwszym i drugim przypadku, gra tak samo dobrze sobie radzi. Przy graniu z kumplami można dokładniej planować działania, co zwiększa satysfakcję z gry. Ciężej grało się z randomowymi graczami. Teoretycznie każdy może pójść w swoją stronę, ale w momencie niepowodzenia misji jednego z członków, niezależnie od pozycji i zadania reszty następuje restart wszystkich graczy. Taka niespodzianka przed ukończeniem 30-minutowej misji potrafi mocno zdenerwować.

Teraz tylko grafa się liczy

Grafika w Ghost Recon Wildlands to średnia półka jak na możliwości PS4. Duża ziarnistość i ząbkowanie rzuca się w oczy. Modele cywilów, żołnierzy, elementów otoczenia także nie robią wrażenia. Są po prostu poprawne. Zniszczalność otoczenia też jest praktycznie żadna. Mniejsze płotki czy tabliczki można rozbić, ale słupy telegraficzne, stragany czy nawet opony są twarde niczym skała. Niewiele lepiej jest w pomieszczeniach. Większość przedmiotów jest „przyklejona” do powierzchni.

Tom Clancy's Ghost Recon Wildlands recenzja

Inaczej sprawa przedstawia się podczas eksploracji terenu, a konkretnie oddalonych elementów. Zróżnicowanie ukształtowania terenu, elementy krajobrazu oraz flora (fauna niekoniecznie) wraz ze zmieniającą się pogodą tworzą przyjemny klimat i wizualnie się uzupełniają. Tutaj jest zdecydowanie lepiej. Jest bardzo ładnie, a detale widać, aż po horyzont. Próżno szukać doczytujących się tekstur. Lepsza jakość detali oraz brak doczytywania wynika z dobrze zastosowanego systemu LODów (z ang. Level of design) oraz cullingu. Nie wdając się w szczegóły, chodzi o to, że rzeczy, które są niepotrzebne lub niewidoczne usuwane są z pamięci. Inaczej mówiąc – czego nie widać to silnik graficzny nie doczytuje. Domyślam się, że stąd pomysł na górzysty teren. Twórcy gry świetnie wykorzystali ten patent. Muszę jednak uczciwie powiedzieć – gra niestety nie wygląda tak dobrze, jak na screenach, co może nieco rozczarowywać.

A wrażenia?

Nie trudno odnieść wrażenia, że gra mi się spodobała. Bez przesadnej radości, ale jednak. Wcielamy się w postać super wyszkolonego komandosa sił specjalnych i robimy tak, jak na żołnierza amerykańskiej armii przystało – ratujemy kolejny kraj z opresji złoczyńców. Chociaż fabuła jest bardzo nagięta, to wydaje mi się, że nie gra tu kluczowej roli, choć może jeszcze zaskoczyć.

Mimo faktu, że przy becie bawiłem się całkiem nieźle to mam pewne wątpliwości czy tak będzie przy pełnej wersji gry. Każdy element gry jest tylko poprawny. Otwartość świata nie oferuje wielu atrakcji. System jazdy zostawia wiele do życzenia a o akcje, jakich można się spodziewać po oddziale duchów (bezszelestnie) naprawdę jest ciężko. Do tego gra wcale nas za to nie nagradza. Każda misja kończy się w tej sam sposób – regularna strzelanina. Na dodatek nie odczułem jakiejkolwiek więzi z bohaterem i resztą członków ekipy. Chętnie podejmę się ratowania Boliwii i zawalczę o zaufanie przywódcy rebelii, ale kilka miesięcy po premierze, kiedy cena trochę spadnie. Myślę, że tytuł sprawdzi się idealnie w sezonie ogórkowym, czyli wakacyjnym.