BETA, Open BETA, CLOSED BETA. Sezon na wersje beta gier rozhulał się nam na dobre, więc jest okazja by o tym coś napisać. Przeglądając swoją historie instalacji gier na PS4, naliczyłem od lutego 2015 roku, aż  14 (sic!) wersji beta, które miałem okazję sprawdzić. Były to: Tom Clancy’s The Devision Closed and Open Beta, Indivisible Prototyp Beta, Need for Speed Closed Beta, Battleborn Beta, Trackmania TM Turbo Beta, Plants vs Zombies Garden Warfare 2 Beta, Hitman Beta, Overwatch Beta, Mirror’s  Edge Catalyst Closed Beta, Doom Beta, Uncharted 4 Thief’s End Beta, Star Wars Battlefront Beta, Tom Clansys’s Rainbow Six Siege – Closed Beta, Battlefield Hardline Beta. To prawie jedna gra na miesiąc. Niesamowite, bo tylu niepełnych wersji gier nie dotknąłem przez ostatnie 6 lat. Z jednej strony gry w wersji beta dają nam dostęp do produkcji jeszcze przed premierą, z drugiej bardzo często wprowadzają nas w błąd.

Na samym początku ograniczony kod gry nosił nazwę shareware. Można było się nim dzielić, udostępniać, rozpowszechniać, ale by cieszyć się pełną funkcjonalnością gry, wymagało to dokonania stosownej opłaty. Jeszcze jakiś czas temu dostępny, ograniczony kod gry nazywaliśmy demem i właściwie miał tę samą rolę co shareware – przedstawienie fragmentu gry. Różnica pomiędzy shareware a demem polegała na tym, że te pierwsze można było odblokować lub aktualizować do pełnej wersji gry, a demo było oddzielnym kodem, specjalnie przygotowywanym przez wyznaczonych do tego ludzi. Jak łatwo się domyślić, generowało to kolejne koszty. W pewnym momencie wersje demo zaczęły znikać  I tak dotarliśmy do aktualnej generacji, która jak żadna inna (no, może V generacja) zasypuje nas gigabajtami kodu. Oczywiście dema, wciąż są przygotowywane przez niektóre studia.

No dobra. Ale przecież zarówno  demo, jak i beta są oddzielnym kodem gry. W momencie zakupu pełnej wersji, to co wcześniej pobraliśmy na nasz dysk, nie łączy się z właściwym kodem. No to jak to jest z tymi kalkulacjami finansowymi? Teraz raptem się opłaca wydzielać fragment gry i jak często bywa – aktualizować ten wycinek? Nie wiem czy opłaca, ale koszty są na pewno mniejsze. Po pierwsze beta nie jest tak dopracowana jak demo, a po drugie odpada dystrybucja fizycznych nośników, a gracze to darmowi testerzy.

Demo to wersja demonstracyjna gry. To, co widzieliśmy w demie, dostawaliśmy także w pełnej wersji. Beta natomiast oznacza wersję gry w fazie produkcji. Ale jak to? Przecież często bety pojawiają się trzy lub dwa tygodnie przed premierą. Już wtedy gry lecą do tłoczni i zostają wgrane na nośniki.  Ano właśnie. Day One Patch – czyli łatka, która czeka nas w dzień premiery gry. Skoro gra, którą kupujemy na płycie, dostaje często aktualizację nawet kilkudziesięciu gigabajtów, to jak można nazwać ją pełną? Oczywiście, później też pojawiają się inne aktualizacje.

Beta to najbezpieczniejsza forma przedstawienia fragmentu gry przez developera. Jeśli gra miałaby rażące błędy w demie, gracze szybko postawili by krzyżyk na produkcji, ale beta? „Panie, to się wyklepie” – powiedział Janusz developingu, a gracze w to wierzą. Czasem słusznie, czasem nie. O tym później.

W trakcie otwartego dostępu do bety wyszukiwane są bugi czy glitche, czyli błędy. Gracze dzielą się uwagami na forach developera, wypełniają ankiety, czy wysyłają bezpośrednio komunikaty przez konsolę, jeśli błąd spowodował zamknięcie gry. Przecież w studiach developerskich jest stanowisko testera, prawda? Prawda jest też taka, że to co my – jako gracze – testujemy, ni jak ma się do tego, co robią pierwotnie testerzy, ale… „dostęp do beta testów” to nie „grałem w demo”, mam rację?

Atmosferę podsycają zamknięte beta testy (closed beta). Teoretycznie dostęp do nich mają wybrani i wyselekcjonowani gracze na warunkach podanych przez developera. Praktycznie bardzo często można kupić kod do beta testów w sieci za dosłownie kilka złotych. Coś pozornie niedostępnego dla każdego gracza, wzmaga jeszcze bardziej chęć posiadania.

Trzeba zadać pytanie. Czy w takim razie, wersje beta to chwyt marketingowy, narzędzie do pozyskiwania tysięcy darmowych testerów, czy nowa forma wersji demo? Moim zdaniem, każda z wymienionych funkcji oddaje charakter bety, chociaż różnie są one  wykorzystywane.

Kilka przykładów:

The Devision jest świetnym przykładem jak wersje beta potrafiły wprowadzić w błąd. Dwa tygodnie przed premierą Ubisoft pozwolił wziąć udział tysiącom graczy na trzech platformach sprawdzić kod gry. Już wtedy można było wytknąć różne błędy grze czy przewidzieć jej powtarzalność i nudę, ale wśród osób nakręconych na tytuł słyszałem, że „do premiery jeszcze czas”, „na pewno to naprawią” itd. Nagrałem w otwartej i zamkniętej becie łącznie niecałe 30 godzin. Wystarczyło na tyle, żebym nie kupował pełnej wersji. Beta pokazała niestety wszystko co miała do zaoferowania. Teraz spośród 150 znajomych na PSN nie widzę żadnego,  grającego w The Division. Udana reklama.

O Destiny mówi się, że dopiero po trzecim dodatku wyszła z fazy beta. Jest coś w tym stwierdzeniu. Gra przeszła gruntowne zmiany w podstawach rozwoju postaci czy wyposażenia oraz dostała ciekawe tryby rozgrywki, a fabuła została znacząco zarysowana. Czy nie mieliśmy do czynienia z największą betą wszechczasów?

Doom i Uncharted 4 to w ogóle ciekawa forma promocji. Udostępniona beta dotyczyła trybu muliplayer, który nie zyskał sympatii graczy w obu przypadkach. Jednak Uncharted 4 nikt nie kupuje dla multiplayera i najbardziej nieudany i tak nie wpłynąłby na świetny wynik sprzedaży. Doom akurat miał chyba przyciągnąć graczy sieciową rozgrywką, a nie ich odtrącać. W recenzjach to właśnie tryb singleplayer zbiera pochwały.

Przyglądając się tym czternastu tytułom, w które miałem okazję pograć, smutno stwierdzam, że kupiłem tylko jedną grę – Uncharted 4 i – jak łatwo się domyślić – nie dla trybu multiplayer. Planuję jeszcze zagrać w pełne wersje Mirror’s Edge Catalyst i może Overwatch bo mnie przekonały, ale nie kupię ich na premierę. Czy moda na bety faktycznie działa pozytywnie na wyniki sprzedaży? W moim przypadku możliwość zagrania w bety zadziałało jak tarcza ochronna przed zmarnowaniem pieniędzy.